Zabójcza DEATH VALLEY

Depresja (dosłownie), temperatura ponad 40°C w cieniu (ale ... cienia nie ma), pod stopami kamienie i piach, wokół skały i góry, w górze palące słońce – Dolina Śmierci, czyli Death Valley. Żeby bardziej obrazowo przedstawić warunki i podkreślić dramaturgię sytuacji podpowiemy, że to najbardziej suche miejsce całej Ameryki i jedno z najgorętszych miejsc na Ziemi. W lipcu 1913 roku odnotowano tam światowy rekord temperatury powietrza (56,7°C). W letnie dni grunt potrafi nagrzać się nawet do 100°C. Wilgotność powietrza wynosi średnio 1%. Nie ma lepszego miejsca na złapanie gumy, prawda?

Zacznijmy od tego, że wcale nie znaleźliśmy się tam przez przypadek. My naprawdę chcieliśmy to miejsce odwiedzić. Byliśmy nawet do wizyty w Dolinie Śmierci nieźle przygotowani. Kupiliśmy zapas wody, na wszelki wypadek z dużą nadwyżką. Przyjechaliśmy na kemping bardzo późnym wieczorem, żeby uniknąć upałów (powietrze i tak było straszliwie gorące, a z kranu leciał ukrop). Następnego dnia zerwaliśmy się o świcie, żeby zdążyć złożyć namioty i zjeść śniadanie jeszcze zanim słońce w pełni wzejdzie. Plan był taki, żeby zobaczyć co się da jak najwcześniej, a potem zwiewać jak najdalej. Pierwsza część planu nawet została wcielona w życie. Z drugą już, niestety, nie zdążyliśmy…

Wbrew pozorom w Dolinie Śmierci naprawdę jest co oglądać. To miejsce oferuje krajobrazy z innej planety, a dzięki ponadprzeciętnemu klimatowi można je nazwać naprawdę kosmicznym. Przez cały park prowadzi jedna główna droga, autostrada numer 190, a z niej co kilka kilometrów można zjeżdżać w bok, żeby podziwiać małe kaniony, jeziora solne, albo pustynne wydmy. Nam wystarczył ledwie jeden zjazd  z asfaltu, żeby gwóźdź przebił gumę i zagwarantował nam rozrywkę na cały dzień.

Zdążyliśmy wysiąść, zrobić grupowe zdjęcie w musztardowym kanionie i zastać samochód w innej pozycji niż go zostawiliśmy. Sprawa była oczywista. Złapaliśmy gumę, a stosunkowo chłodniejszy poranek, w czasie którego mieliśmy uciekać z tego piekła na ziemi, właśnie mijał. Flaczejąca opona pozwoliła nam jeszcze przejechać do najbliższej (i jednej z dwóch tylko) stacji benzynowej, na której dostępny był kompresor. Napompowaliśmy ją i, ponieważ powietrze uciekało dość powoli, uznaliśmy, że jest szansa jechać dalej, żeby spróbować szukać pomocy poza Parkiem Narodowym. Ruszyliśmy więc w dalszą trasę, co minutę zerkając na prawe tylne koło. Udało nam się dotrzeć do drugiej (ze wspomnianych dwóch) stacji benzynowej, na której opona wyglądała jeszcze w miarę przyzwoicie, a więc ruszyliśmy dalej. Zanim jednak mieliśmy dojechać do kolejnego kompresora, musieliśmy pokonać niemałe góry, a ponieważ było już samo południe i żar lał się z nieba, a Hyundai przepełniony był po brzegi (wiózł w końcu 4 osoby, ich bagaże i zapasy), silnik zaczął się przegrzewać. Uradowani urządziliśmy więc sobie postój na samym środku patelni, w pełnym słońcu, i w takich warunkach chłodziliśmy samochód. Jak można się domyślić, nie działało to w pełni skutecznie, a więc takich sympatycznych przystanków mieliśmy po drodze jeszcze kilka.

Gdy udało nam się wyjechać poza granice parku, majacząca na horyzoncie stacja benzynowa dała nową nadzieję, ale entuzjazm szybko opadł, gdy okazało się, że kompresor jest akurat out-of-order. Z oponą nie było najlepiej, a wiedzieliśmy, że od najbliższego miasta, w którym moglibyśmy odwiedzić warsztat dzieli nas wciąż jeszcze przynajmniej 100 km. Resztkami sił samochód dotoczył się do kolejnej stacji, gdzie kompresora nie było wcale i to był już koniec zabawy. W ruch poszedł lewarek i zapasowa opona. Sama wymiana koła trwała zaskakująco krótko, za to wypakowywanie całego bagażnika i ładowanie wszystkiego z powrotem do samochodu na środku autostrady wiodącej do Los Angeles, już nieco dłużej.

Dzielna „dojazdówka” pozwoliła Hyundai’owi dojechać w końcu do miasta, w którym szybko uświadomiono nas, że … jest niedziela i wszystkie warsztaty są zamknięte na cztery spusty. Usiedliśmy więc w najbliższym fast-food’zie i żując hamburgery rozmyślaliśmy nad zmianą planów. Wciąż na kole zapasowym wyjechaliśmy znów w góry, żeby rozłożyć namioty nad najbliższym jeziorem i wrócić do miasta następnego ranka.

W poniedziałkowy poranek zawitaliśmy w warsztacie w Ridgecrest, gdzie wymieniliśmy 2 tylne opony (na jednej osi zawsze muszą być 2 takie same opony, więc prawa ciągnie za sobą i lewą). Sprawa odbyła się ekspresowo (nie pozostawiając, rzecz jasna, bez szwanku naszych kieszeni), a my wesoło ruszyliśmy w dalszą drogę. Żeby jednak nie było zbyt różowo, dalsza droga nie trwała zbyt długo. Znów musieliśmy wspinać się wysoko w pełnym słońcu i w upale i, tym razem, było to już dla naszego Santa Fe zbyt wiele. Gdy zatrzymaliśmy się w pierwszej napotkanej zatoczce okazało się, że zagotował się płyn chłodniczy. Autentycznie, bulgotał w zbiorniku, więc określenie „zagotował się” wcale nie jest przesadzone. Później dowiedzieliśmy się, że pokonaliśmy najbardziej stromy podjazd w całych Stanach Zjednoczonych.

Amerykanie bardzo lubią podkreślać, że coś w ich kraju jest „największe”, „najdłuższe”, „najwyższe”, czy w inny sposób „najbardziej”, choć nie zawsze rzeczywiście tak jest. Możliwe, że podjazd należał do najstromszych, ale Dolina Śmierci do najgorętszych i najbardziej zabójczych miejsc należy na pewno!

2 Replies to “Zabójcza DEATH VALLEY”

  1. no powiem że historia świetna, ale tylko gdy się ją czyta 🙂 rozumiem że Sanat Fe dalej Was wozi :P?

    1. Tak, Santa Fe jest w dobrej formie i ciągle nas wozi 🙂

Dodaj komentarz