Welcome to AMERICA, czyli przeprawy formalne

Witajcie w Ameryce!” – dokładnie takie słowa usłyszeliśmy jako pierwsze po przejściu odprawy paszportowej na lotnisku JFK w Nowym Jorku. Przylecieliśmy do Stanów Zjednoczonych. Długo wyczekiwany moment, zmęczenie 30-godzinną podróżą, ekscytacja … a tu ani „Welcome”, ani „Hello”. Zamiast tego słyszymy stare, dobre, Polskie „Witajcie”.

Miny wcale nam nie rzedną. W końcu udało nam się tu dotrzeć, mimo formalnych niespodzianek. Jeszcze w Polsce Kamilowi odmówiono przyznania wizy, gdy zgłosił się do ambasady USA po raz pierwszy. Głupi! Powiedział na wstępie całą prawdę. Powiedział, że wyjeżdża z podróż dookoła świata. Konsul nie chciał uwierzyć w „czysto turystyczny cel podróży”. A, że zamierzał zabrać ze sobą żonę to jego „związki z krajem ojczystym” pozostawały podejrzanie rozluźnione. I wizy nie otrzymał. Pozostawało albo się załamać (co chwilowo nastąpiło), albo zakasać rękawy i spróbować ponownie (co też w końcu zrobiliśmy). Kolejne 600 PLN przelane, długi e‑mail do ambasady napisany, rodzina zaangażowana, zaproszenia wysłane, dokumenty naszykowane. Zebraliśmy wszystkie możliwe dowody na to, że nasz pomysł na wyjazd nie jest wyssany z palca (nawet przygotowaliśmy zestaw paragonów za wszystkie sprzęty turystyczne jakie kupiliśmy, a było ich niemało). Konsul nawet nie spojrzał. Ale wizę jednak przyznał.

Udało się! USA na dobre zagościło w planie podróży. Sądziliśmy, że największa administracyjna przeszkoda za nami. Ale gdzie tam! Był to raczej sygnał: łatwo nie będzie.

Dlaczego? Otóż, żeby podróżować po Stanach Zjednoczonych, kraju o powierzchni niemal całej Europy, trzeba mieć czym. Owszem, działa transport publiczny, ale jest bardzo drogi (jak zresztą wszystko inne) i rozwinięty raczej w obrębach miast i na najpopularniejszych trasach międzymiastowych. Wiadomo więc, że jeśli chcemy dotrzeć w odludne miejsca, do parków narodowych, do oddalonych od autostrad i zapomnianych przez resztę świata miasteczek, musimy mieć samochód. W Ameryce właściwie każdy ma samochód (na 320 milionów mieszkańców, przypada 265 milionów aut). Jeżdżenie samochodem to najpopularniejszy sposób przemieszczania się. Odległości (nawet w obrębie małej miejscowości) są olbrzymie. Do sklepu, na pocztę, do kościoła, wszędzie jedzie się samochodem. Chodzenie jest daleko w tyle (co zresztą wyraźnie widać po Amerykanach…).

Kupiliśmy więc samochód. Była to historia wielowątkowa, z aktywnym udziałem przeróżnych instytucji, z nagłymi zwrotami akcji, momentami załamań i ostatecznego zwycięstwa. Dzięki głębokiemu zaangażowaniu w sprawy samochodowe, mogliśmy jedynie szybko rzucić okiem na piękny Nowy Jork, mimo tego, że spędziliśmy w nim aż 10 dni (za co nie przestaniemy być wdzięczni rodzinie!).

Migiem przemknęliśmy przez Manhattan i pozwoliliśmy sobie na odpoczynek w Central Parku, ale zaraz potem ruszyliśmy na Brooklyn, wyprzedzając spacerowiczów na Brooklyn Bridge. Popłynęliśmy promem na Staten Island, żeby zobaczyć Statuę Wolności i panoramę Manhattanu, ale zaraz potem jechaliśmy metrem na daleki Bronx, żeby ostatecznie spóźnić się na wizytę w komisie samochodowym. A wszystko to w weekend, trochę dzięki temu, że pozamykane były wówczas urzędy i nie mogliśmy czynić postępów w naszej walce z Departement of Motor Vehicles.

Zacznijmy jednak od początku. Mówiono nam, że się nie da. Że turysta nie może kupić i po prostu zarejestrować samochodu w Stanach Zjednoczonych. My się jednak uparliśmy i zrobiliśmy to, udowadniając (głównie samym sobie), że się da. Trzeba tylko chcieć i trochę się namęczyć. Może nie tylko trochę. Może raczej bardzo.

Na wstępie, jeszcze przed wyjazdem, robiliśmy rozeznanie. Gdzieś między sprawami organizacyjnymi, kupowaniem biletów i sprzętu, a pakowaniem się, szukaliśmy informacji. Wiedzieliśmy, że jest wiele osób, które spędziły w Stanach wiele miesięcy podróżując samodzielnie zakupionymi samochodami. Spokojnie szkicowaliśmy więc podobny plan. Nie przewidzieliśmy jednak tego, że „co stan to obyczaj” i to co jest adekwatne w Kaliforni, nie ma nic do rzeczy w Nowym Jorku. Na pierwszy ogień poszło więc wertowanie regulaminów obowiązujących w różnych stanach północno-wschodnich. Obdzwoniliśmy wydziały DMV w Connecticut, Massachusetts, New Jersey i Rhode Island, a osobiście odwiedziliśmy ten w Nowym Jorku. Z różnych praktycznych względów musieliśmy wybrać Wielkie Jabłko. Główny problem polegał na tym, że aby zarejestrować samochód, rejestrujący musi spełnić wymóg 6 punktów w ramach tzw. Proof of Identity. Żeby udowodnić w urzędzie swoją tożsamość, trzeba przedłożyć dokumenty, których łączna wartość (według stanowej tabelki) wynosi te wspomniane minimum. Wartość naszego kluczowego dokumentu, czyli paszportu, wynosiła 3 punkty. Musieliśmy zdobyć brakujące 3. Niemal wszystkie pozostałe dokumenty na liście pozostawały poza naszymi możliwościami (stanowy dowód tożsamości, stanowe prawo jazdy, etc.). Ale dostrzegliśmy dwa, które dawałyby nam upragnioną sumę: karta kredytowa z nadrukowanym imieniem i nazwiskiem właściciela (wydana przez bank w USA) i ... certyfikat małżeństwa (wydany przez odpowiedni urząd w USA). Wybraliśmy się więc do sądu w dzielnicy Queens, żeby zgłosić chęć zawarcia związku. Formularz wypełniliśmy od ręki (swoją drogą, zaznaczając swoje obecne małżeństwo jako „poprzednie”), ale na samą ceremonię zaślubin musieliśmy przyjechać następnego dnia. Dużo więcej niż sama kilkuminutowa ceremonia trwało kilkugodzinne oczekiwanie na nią. W zwykłej, urzędowej poczekalni tworzyła się coraz dłuższa kolejka przedziwnych par z różnych stron świata, wliczając w to wystrojone w cekiny latynoski, zakryte chustami muzułmanki, hindusów w klapkach, murzynów w dresach i azjatów w garniturach. Gdy w końcu doczekaliśmy naszej chwili, ślubu udzielała nam czarnoskóra urzędniczka w dredach, która przed chwilą odeszła od okienka, a na świadka poprosiliśmy eleganckiego Koreańczyka, który stał za nami w kolejce (bo sam zamierzał brać ślub ze swoim narzeczonym). Przysięgę składaliśmy po angielsku, powtarzając kilka razy „Yes”, a obrączki zdjęliśmy z prawych rąk, żeby założyć je (wedle amerykańskiej tradycji) na lewe. Udało się! Certyfikat otrzymany. 2 punkty zdobyte.

Mogliśmy zacząć rzeczywiste poszukiwania samochodu. A wymagania mieliśmy dość restrykcyjne: życzyliśmy sobie samochodu japońskiej lub koreańskiej produkcji, z napędem na 4 koła, w dobrym stanie i z niewielkim przebiegiem, a wszystko to najlepiej w cenie 2000$. Przewertowaliśmy wiele ogłoszeń, ale nie mieliśmy czasu na oglądanie zbyt wielu aut na żywo, nie wspominając o sprawdzaniu ich stanu w jakimkolwiek warsztacie. Mieliśmy wielkie szczęście, że dość szybko znaleźliśmy egzemplarz, który wpasował się w nasze kryteria. Wybór padł na Hyundai Santa Fe, drugi samochód, który obejrzeliśmy. Rocznik 2002, 85 000 mil przebiegu, 2000$. Podczas szybkiej osiedlowej próby jeździł sprawnie. Nie mogliśmy wybrzydzać. Musieliśmy liczyć na szczęście. Kupiliśmy samochód.

I tu zaczęły się kolejne schody. W USA (a przynajmniej w większości stanów) tablice rejestracyjne przypisywane są do właściciela, a nie do samochodu. Jeśli więc samochód zmienia właściciela, tablice tracą ważność i trzeba zdobyć nowe. Poprzedni właściciel musi zwrócić stare tablice do urzędu. Przed prze-rejestrowaniem samochodu moglibyśmy, teoretycznie, za zgodą sprzedawcy przejechać jeszcze na poprzednich tablicach, ale wówczas nie obowiązywałoby nas ubezpieczenie (które przypisywane jest do samochodu i do konkretnego właściciela). Samochód musiał więc czekać pod blokiem sprzedawcy, aż my przyjedziemy po niego już z nowymi tablicami.

Żeby zarejestrować samochód trzeba przyjechać do urzędu z potwierdzonym już ubezpieczeniem. Tu zaczęły się kolejne przeszkody. Poszukiwanie firmy, która zgodziłaby się ubezpieczyć samochód, którego kierowcą miałby być podróżujący sobie, ot tak, turysta, bez żadnej dotychczasowej historii w USA, zajęło nam cały dzień. Po kilku godzinach dzwonienia na przeróżne infolinie, wyłuszczania sytuacji, literowania nazwisk, dyktowania dat urodzenia, tłumaczenia, że nie dysponujemy Social Security Number i słuchania, że to niemożliwe, w końcu udało nam się znaleźć ubezpieczyciela. Cenę półrocznej polisy musieliśmy przełknąć jak gorzką pigułkę, ale niezbędny dokument dostaliśmy.

Następnego dnia o świcie zerwaliśmy się z łóżek w szampańskich nastrojach. Miał nastać kres naszej walki z formalnościami, samochód miał być nasz. Okazało się, że to jeszcze nie koniec. W urzędzie byliśmy przed godziną otwarcia, ale nie spodziewaliśmy się, że przed nami będzie już czekać sznur interesantów (poczuliśmy się jak w domu). Odczekaliśmy dobre 2 godziny zanim na wyświetlaczu pojawił się nasz numerek. Pani urzędniczka uważnie przewertowała dokumenty i oznajmiła, że w paszporcie brakuje formularza I-94. Zrobiło się gorąco. Przez chwilę zdawało nam się, że ktoś nam zrobił dowcip i, że przy całej tej masie zebranych dokumentów mamy po prostu nieodpowiednią wizę. Okazało się, że nie - każdy przy wjeździe do USA otrzymuje status informujący o długości pobytu i to jest właśnie ten tajemniczy I-94. Tyle, że ten miły Polak, który powiedział nam „Witajcie w Ameryce!” tego I-94 przy wizie nie wbił. A podobno powinien był. Pani podpowiedziała dwa rozwiązania: ściągnąć .pdf ze strony urzędu imigracyjnego USA i wydrukować, albo wybrać się do najbliższego oddziału urzędu imigracyjnego i odebrać kwitek od nich bezpośrednio. Internetu nie mieliśmy, ale MAPS.ME wskazało nam, że najbliższy oddział urzędu imigracyjnego mieści się kilka mil dalej. Ruszyliśmy, dobiegliśmy tam i dowiedzieliśmy się, że ten konkretny oddział dedykowany jest jedynie pobieraniu odcisków palców i niczego nie drukują. Zrozpaczeni próbowaliśmy znaleźć łącze, które na szczęście było dostępne na ulicy. Ściągnęliśmy .pdf na telefon, pobiegaliśmy jeszcze trochę po okolicy, żeby znaleźć punkt, w którym moglibyśmy ten dokument wydrukować i z gotowym załącznikiem pobiegliśmy z powrotem do DMV. Było już popołudniu, dostaliśmy nowy numerek, a przed nami czekał tłum ludzi. Po 3 godzinach mogliśmy znowu podejść do okienka. Obsługiwał nas, tym razem, miły pan. Pan obejrzał wszystkie dokumenty, z uśmiechem potwierdził, że I-94 się zgadza. Odetchęliśmy. Ale, okazało się, że w całym amoku zapomnieliśmy o … wyrobieniu karty kredytowej. Mieliśmy kartę, ale wydaną przez Alior Bank w Polsce, a to się w tym przypadku nie liczyło. Do zamknięcia urzędu zostały 2 godziny. Pan podpowiedział nam, że możemy jeszcze zdążyć założyć od ręki konto w jednym z dwóch banków, które są w pobliżu. Pognaliśmy do pierwszego z nich. Tam dowiedzieliśmy się, że nie możliwe jest otwarcie konta dla osoby, która nie ma w USA żadnych zobowiązań finansowych. Pan z banku podpowiedział nam, że możemy spróbować kupić telefon i założyć abonament, żeby wygenerować jakiekolwiek pokwitowanie, które mogliby przyjąć. Pobiegliśmy do oddziału telekomunikacji, ale jeszcze czekając w kolejce doszliśmy do wniosku, że to rozwiązanie nie ma sensu, bo na pewno wymagałoby od nas potwierdzenia stałych dochodów dla założenia abonamentu. Pobiegliśmy więc do kolejnego banku. Tam znowu usłyszeliśmy odmowę. W ostatnim akcie rozpaczy spytaliśmy czy nasze ubezpieczenie samochodowe się w tej sytuacji nie sprawdzi. I zadziałało. Zgodzili się założyć konto. Tyle tylko, że musieliśmy poczekać w kolejce, aż swoje sprawy załatwią poprzedni klienci. W międzyczasie przyszła godzina 16:00 i zamknięto DMV.

Musieliśmy więc wrócić do niego następnego dnia, znów pobrać nowy numerek, znów odstać swoje w kolejce, żeby w końcu, z bijącym sercem, po wielu dniach przepraw, odebrać swoją upragnioną tablicę rejestracyjną. Jest żółta i błyszcząca, z dumnym napisem „New York – Empire State”.

4 Replies to “Welcome to AMERICA, czyli przeprawy formalne”

  1. Dwa razy wkleił się tekst posta 🙂

    Ale przeprawy niesamowite, gratuluje wytrwałości i ostatecznego sukcesu 😀 😀 😀

  2. […] z wymaganiami formalnymi w Nowym Jorku rozpoczęliśmy naszą wizytę w Stanach Zjednoczonych (Welcome to AMERICA, czyli przeprawy formalne). Pierwsze dni jazdy samochodem, który w końcu udało nam się kupić, były szalone. Dzień w […]

  3. […] 1. Nowy Jork! Niekwestionowany zwycięzca, bo … można spędzić w nim 2 tygodnie i wcale się nie nudzić, jest wielki, ale nie przytłaczający, każda dzielnica jest tu odrębnym miastem w mieście, a całość jest symbolem samym w sobie. Zobacz nasz wpis o wizycie w Nowym Jorku tutaj […]

  4. […] 1. Nowy Jork! Niekwestionowany zwycięzca, bo … można spędzić w nim 2 tygodnie i wcale się nie nudzić, jest wielki, ale nie przytłaczający, każda dzielnica jest tu odrębnym miastem w mieście, a całość jest symbolem samym w sobie. Zobacz nasz wpis o wizycie w Nowym Jorku tutaj […]

Dodaj komentarz