TRĄBIENIE NA ALARM w KHAO YAI

Nie od dziś wiadomo, że małpy zakradają się do samochodów, koszy piknikowych czy namiotów. Ale małpy wyjadające banany to nic w porównaniu ze słoniem…

 Na polu kempingowym w Parku Narodowym Khao Yai byliśmy świadkami kilku spektakularnych akcji. Raz małpa zręcznie rozbijała surowe jajka o brzeg samochodu, żeby potem z apetytem wychłeptać ze skorupki to co najlepsze, żółtko. Innym razem pewien Pan usiadł do stolika z zakupionym chwilę wcześniej jogurtem pitnym i paczką ciastek. Nie zdążył nawet tej paczki otworzyć, bo znikąd pojawiła się małpa, wyrwała mu ją z ręki i w mgnieniu oka zniknęła, pozostawiając za sobą jedynie rozlany jogurt. Na całe szczęście nie rozlała gorącej zupy, którą miała zamiar zjeść Pani siedząca naprzeciwko.


Patrząc na te wszystkie akrobacje powtarzaliśmy sobie złotą zasadę: żadnego jedzenia w namiocie! Nic. Zero. Co najwyżej butelka wody. A mimo wszystko popełniliśmy błąd. Pochowaliśmy cały dobytek do toreb, torby do plecaków i wszystko zamknęliśmy szczelnie. Zapomnieliśmy jednak o jednym szczególe: w pokrywie mojego bagażu znajdowała się paczka miętowych dropsów. Cokolwiek by to było, saszetka cukru czy zamknięta w folii zupka chińska, wizyta z zewnątrz murowana, bo małpy wyczują każdą potencjalną kalorię. Co najwyżej obślinią twoje mienie i ostatecznie wzgardzą przekąską, ale zawsze chętnie zajrzą, żeby sprawdzić.
Wieczorem odeszliśmy na kwadrans, żeby doładować całą elektronikę, a gdy wróciliśmy nasze plecaki leżały poza namiotem. Rzeczy wcześniej w nich schowane porozrzucane były wokół, a na torbach znaleźć można było ślady ostrych ząbków i zwierzęcą ślinę. Mimo wszystko, wyrażamy podziw dla małpich umiejętności, bo naprawdę rewelacyjnie sobie z tym poradziły. Same rozsunęły zamek wejściowy, na dodatek dwuwarstwowy, cwane bestie. Wyciągnęły na zewnątrz plecaki, z których każdy ważył po kilka kilogramów, a pozostałe rzeczy zostawiły w całkowitym porządku. Otworzyły osobne kieszenie w każdym z plecaków, powyciągały z nich kolejne pakunki i odrzucały na boki te, które nie sprostały ich wymaganiom (jak np. skarpetki Kamila). W końcu odnalazły wspomnianą paczkę dropsów i zwiały z nią, zostawiając za sobą tylko pojedyncze cukierki.
Zresztą, na polu kempingowym w Parku Narodowym Khao Yai pojawiały się bez przerwy rozmaite zwierzęta. Oprócz małp, zaglądały tu jelenie i warany.

W ostatecznym rozrachunku okazało się, że więcej zwierząt udało nam się zobaczyć na samym kempingu niż podczas trekkingu z przewodnikiem po dżungli.

Nic nie szkodzi, dzięki temu mogliśmy im się zdecydowanie lepiej przyjrzeć. Zwłaszcza jednemu, upartemu jak osioł, słoniowi.

Jeszcze tego samego wieczora, którego zostaliśmy perfidnie obrabowani z miętowych cukierków strażnicy parku ogłaszali coś wielokrotnie przez megafony. Oczywiście, wszystko po tajsku, więc nie mieliśmy szans przyswoić przekazu, ale stosunkowo umiarkowany ton głosu pozwolił nam uznać, że nie dzieje się nic specjalnego i ułożyć się do snu. Chwilę później usłyszeliśmy jednak wzmagające się krzyki i wychyliliśmy głowy z namiotu. U sąsiadów, kilka metrów od nas, wizytował słoń. Porządnej postury, dorosły, kilkutonowy osobnik. Stał u przedsionka ich obozowiska i spokojnie wygarniał trąbą wszystkie spożywcze zapasy. Zerwaliśmy się w ćwierć sekundy i przebiegliśmy za zadem słonia, dołączając do reszty zdezorientowanym gości. Słoń wyglądał jakby delektował się posiłkiem, powoli machał uszami i nie zwracał uwagi na ludzi, a tym bardziej na nadjeżdżające samochody terenowe. Samochody włączały silne reflektory, chcąc odgonić słonia, a gdy to nic nie dawało, podjeżdżały do niego coraz bliżej. Słoń nic a nic sobie nie robił z tych marnych zaczepek. Jeden z jeep’ów wjechał w końcu maską w głowę zwierzęcia (wyglądało to jak siłowanie się na czoła), ale i to nic nie dało. Słoń przesunął się o pół metra, łamiąc stojące obok drzewko, i uparcie pałaszował dalej. Przyjechała koparka. Koparce udało się w końcu odepchnąć upartego gościa od namiotu, co poskutkowało tym, że zaczął on biec w drugą stronę, gdzie zgromadził się tłum gapiów. Tłum, a w nim i my, bardzo szybko rozbiegł się na boki, a słoń przytruchtał w stronę lasu. Nie tak od razu, bo słoń wyrażał ewidentną chęć na zaglądanie do kolejnych namiotów, ale udział koparki w całej akcji prędko doprowadził do zwycięskiego końca. Słonia nie było, można było iść spać.
Zanim jeszcze ułożyliśmy się na nowo na materacach, dowiedzieliśmy się, że wcześniej przez dłuższy czas słoń zajadał się pędami bambusa po drugiej stronie rzeki, przy której położone jest pole. Ludzie rozsiedli się wygodnie przed swoimi namiotami i obserwowali, zachwyceni tym widowiskiem. Nie przypuszczali, że słoń w pewnym momencie znudzi się i postanowi sprawdzić czy nie warto urozmaicić swojej diety. Ponoć bez ostrzeżenia przemaszerował przez wodę i odwiedził wszystkie namioty rozstawione przy brzegu, urządzając sobie podwieczorek złożony z kempingowych zapasów bananów, ananasów, papai, a nawet piwa, które ktoś zostawił otwarte, zanim uciekł.
Podekscytowani i rozbawieni całym tym incydentem, zasnęliśmy w końcu po jakimś czasie, ale sen nie trwał długo, bo po północy obudziło nas nagle szarpnięcie namiotu. Podniosłam się szybko i rozsunęłam zamek, żeby sprawdzić co dzieje się na zewnątrz. Nie widać było nic, poza świecącymi w dali latarniami. Poinformowałam więc Kamila, że nie ma się czym przejmować. Dosłownie sekundę później w zasięgu naszego wzroku pojawiła się trąba, a zaraz za nią cała, olbrzymia, sylwetka słonia. Gdybyśmy mocno się postarali, byłby też pewnie w zasięgu naszych rąk. Wyglądało na to, że słoniowi spodobało się polowanie wśród namiotów i wrócił je kontynuować. Szarpnięcie, które nas obudziło, pojawiło się w momencie gdy słoń zechciał sprawdzić czy rozwieszone na nim ręczniki nadają się do jedzenia. Uznał, że nie, więc jeden z nich odrzucił z impetem 20 metrów dalej.
Tym razem było nam już mniej do śmiechu. Na nowo zerwaliśmy się i zwialiśmy jak najdalej. Cała akcja z udziałem koparki musiała zostać powtórzona. Na szczęście, słoń trzeci raz już się nie zjawił. Przynajmniej nie tej nocy, ale można się domyślać, że nie on jeden jest stałym bywalcem takich obozowisk.

WSKAZÓWKI PRAKTYCZNE:

- Park Narodowy Khao Yai leży na wschód od Bangkoku, w odległości 180 km. Główne wejście znajduje się od strony miejscowości Pak Chong, do której najlepiej jest dojechać ze stolicy pociągiem (ceny biletów zaczynają się już od 36 TBH, czyli 4 PLN).

- Od miejscowości Pak Chong do bramy Khao Yai pozostaje jeszcze 20 km drogi, którą najlepiej jest przebyć publicznym autobusem (cena biletu to 40 TBH, czyli 4,40 PLN). Nie ma stricte wyznaczonych przystanków. W Pak Chong najlepiej wsiąść do niego przed sklepem 7-eleven przy głównej drodze, położonym najbliżej stacji kolejowej.

- Pod stacją kolejową czekają taksówki, które oferują transport do bramy parku i dalej, do kempingu, za 1000 TBH, czyli 110 PLN. Nie korzystajcie z nich! Chyba, że przyjeżdżacie 10-osobową grupą i łatwo podzielicie koszty. W przeciwnym razie zdecydowanie bardziej opłaca się wsiąść w autobus (punkt wyżej).

- Wejście na teren parku kosztuje 400 TBH (44 PLN). Jest to jednorazowy koszt, który uprawnia nas nawet do kilkudniowego pobytu. Jeśli zdecydujemy się wyjechać z chronionego obszaru, kolejnym razem będziemy musieli płacić ponownie.

-  Po terenie parku najlepiej jest przemieszczać się samochodem lub skuterem, ale równie popularnym sposobem jest autostop. Co więcej, we wszystkich punktach informacyjnych w parku nakłaniali nas do tego, wyśmiewając wręcz zamawianie taksówek. Ludzie są tu bardzo pomocni i łatwo o podwózkę.

- Miejscowość Pak Chong sama w sobie jest nieciekawa. Zyskała popularność tylko dzięki bliskości bramy do Khao Yai. Lepiej więc nie zatrzymywać się tam. Jeśli nie chcecie nocować na kempingu, wzdłuż drogi prowadzącej do parku na pewno znajdziecie miejsce w którymś z hoteli czy guest-house’ów. 

- Na terenie parku znajdują się dwa oficjalne pola kempingowe oraz bungalowy. Na polach kempingowych można wynająć sprzęt, w tym: namiot dwuosobowy (150 TBH, czyli 17 PLN, za noc), mata do spania (35 TBH, czyli 4 PLN, za noc), śpiwór (50 TBH, czyli 5,5 PLN, za noc), koc (20 BH, czyli 2,2 PLN, za noc). Znajdują się tam też proste punkty gastronomiczne, w których dostaniemy wodę, kawę, napoje, zupkę chińską, ciastka czy ryż z jajkiem. Nie trzeba więc wwozić ze sobą zapasów jedzenia (nie trzymamy nic takiego w namiocie!).

- W parku działa, bardzo dobrze zorganizowane, biuro główne, w którym otrzymamy wszystkie niezbędne informacje i wynajmiemy przewodnika na aktualnie dostępne trasy (ceny od 300 TBH do 1000 TBH za 1 przewodnika, w zależności od długości trasy). Wiele prywatnych biur poza parkiem organizuje wycieczki z przewodnikiem. Prowadzone są kilkudniowe trekkingi, ale trzeba orientować się w możliwościach w danym sezonie, bo nie zawsze jest to możliwe.

One Reply to “TRĄBIENIE NA ALARM w KHAO YAI”

  1. Małpy robią małpie figle, małpy skaczą niedościgle. Świetne zbliżenia na zwierzęta, prawie jak w National Geographic:D

    Proszę spojrzeć na pawian, co za małpa proszę pana!

Dodaj komentarz