Miasto Aniołów, Kościołów i kwintesencja meksykańskiego ruchu drogowego

Jadąc przez Półwysep Kalifornijski mijaliśmy małe miejscowości, ale w większości jednak pustki. Po drodze z zachodniego wybrzeża wgłąb Meksyku zatrzymywaliśmy się w kilku miastach, ale dopiero Puebla była pierwszym, dużym miastem na naszej trasie. Po dłuższym zastanowieniu zdecydowaliśmy się minąć Guadalajarę i Miasto Meksyk, bo oba byłyby dla nas czasowo-komunikacyjnie-transportowo-nerwowym samobójstwem. Wybór padł na trzecie co do wielkości miasto w kraju i wybór okazał się świetny. Puebla jest piękna!

Bardzo ważne dla wyglądu i charakteru Puebli jest jej położenie obok Choluli. Cholula była kiedyś pre-kolumbijskim ośrodkiem kultu i indiańskich wierzeń. Przybyli w XVI wieku Hiszpanie postawili katolicki kościół (Santuario de Nuestra Senora de Los Remedios) na szczycie piramidy Tepanepa, coby Indianie wiedzieli gdzie i do kogo mają się modlić. Postawili też 364 inny kościoły w samej Choluli i w położonej obok Puebli. Z Puebli uczynili barwny, kolonialny ośrodek artystyczno-religijny. Zabytkowe centrum Puebli, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, wygląda lepiej niż niejedna europejska starówka. Pełno w nim kolorowych kamienic, wyszukanych restauracji, stoisk z rękodziełem, ale przede wszystkim kościołów, katedr, bazylik i sklepów z dewocjonaliami. Miasto wygląda naprawdę niesamowicie, bo naszpikowane jest wieżami, dzwonnicami i kopułami.

Wiadomo więc dlaczego Puebla była pierwotnie nazwana Ciudad de Los Angeles, czyli „Miasto Aniołów”. Później, po zwycięstwie Meksykanów nad Francuzami, w bitwie 5 maja 1862 r. (która toczyła się właśnie na terenie Puebli i, która była jedyną zwycięską bitwą w przegranej sromotnie wojnie), miasto zostało przechrzczone na Heroica Puebla de Zaragoza (na cześć dowódcy). Ale poprzednia nazwa nie poszła w zapomnienie i długo funkcjonowała mieszanka pt.: Heroica Puebla de Los Angeles.

W Puebli i Choluli spędziliśmy kilka dni, wciąż nie wychodząc z zachwytu. A zachwyt był dwojaki: jeden – nad kolonialną zabudową i fantastyczną atmosferą, drugi – nad niezwykłą organizacją dróg i pomysłowością, z jaką radzą sobie z nią mieszkańcy.

Wszechobecne progi zwalniające, słynne i znienawidzone przez nas Topes, to sprawa oczywista i niestety zdążyliśmy się już do nich przyzwyczaić. Dziury i zmiany nawierzchni też przestały nas już zaskakiwać. Natomiast nagromadzenie ulic jednokierunkowych, krzyżujących się pod wszelkimi możliwymi kątami, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Największy podziw wzbudziło w nas skrzyżowanie, na którym, żeby skręcić w lewo należało pojechać pod prąd. Do kolizji nie dochodziło tylko dzięki (działającej, akurat) sygnalizacji. Bardzo podobały nam się też nieoznaczone wielkie ronda, na których proporcja kierowców świadomych, że są na rondzie do tych nie rozkładała się jak 50:50.

Bardzo powszechnym zjawiskiem są też Reparaciones, blokujące przejazd jedyną możliwą trasą (często w miejscach gdzie ktoś postanowił wylać twardą nawierzchnię na krótkim fragmencie drogi gruntowej). Meksykanie radzą sobie z nimi przejeżdżając pod szarfami oznaczającymi roboty lub torując sobie drogę pod prąd w pobliskiej uliczce jednokierunkowej. A jednokierunkowych jest naprawdę dużo. Najczęściej występują całymi chmarami w jednym kierunku. Zdarzały się i takie, które w połowie odległości zmieniały swoją „kierunkowość”. Spotykający się na środku kierowcy zmuszeni byli do skrętu w inną trasę i porzucenie nadziei na dotarcie do celu.

Uczestniczenie w meksykańskim ruchu drogowym było (i wciąż jest) dla nas niezwykłym doświadczeniem i wzbogaciło nas o głębsze zrozumienie określenia „Ale Meksyk”.

Dodaj komentarz