Nasz wulkan IZTACCIHUATL

Park Narodowy Izta-Popo w Meksyku to dla nas kraina pierwszych prób i olbrzymiej satysfakcji. Pierwszy raz znaleźliśmy się na wysokości ponad 4000 m n.p.m. Pierwszy raz wspięliśmy się na 4900 m n.p.m. Pierwszy raz widzieliśmy jak aktywny wulkan pluje popiołem. Pierwszy raz zmagaliśmy się z chorobą wysokościową. Pierwszy raz odczuliśmy tak blisko surowość gór i poczuliśmy tak silny dla nich respekt.

Wybraliśmy się na szlak na nieczynny wulkan Iztaccihuatl, żeby się sprawdzić i, żeby pokonać kolejne swoje granice. Najważniejszą granicą była sama wysokość. Powyżej 4000 m n.p.m. to już poziom, na którym większość osób silnie odczuwa chorobę wysokościową. Niektórych dopada ona tak silnie, że natychmiast muszą ewakuować się w niższe rejony. Nam, dzięki powolnej aklimatyzacji, udało się ustrzec od poważniejszych objawów.

Ułożyliśmy plan. Plan miał sprawić, że sprawnie i ochoczo pomaszerujemy na szczyt, bez problemów wysokościowych. Po części nawet się to udało. Według planu pierwszą noc spędziliśmy na Przełęczy Corteza, na wysokości 3700 m n.p.m. Kolejnego dnia wjechaliśmy samochodem na 4000 m n.p.m., skąd urządziliśmy sobie krótki spacer, 300 metrów w górę i z powrotem. Te pamiętne 300 metrów sponiewierało nas bardziej niż 10 km biegu. Uczucie zmęczenia przy każdym kroku stawianym ponad chmurami jest proporcjonalnie ponadprzeciętne. Oddech staje się przyspieszony i głęboki, jak przy ostrym treningu cardio. Momentami ma się wrażenie, że to już ostatnie kroki i ostatnie oddechy.

Na szczęście, udało nam się przetrwać i wrócić na bezpieczne 4000 m n.p.m., gdzie znów poczuliśmy się lepiej. Popołudnie spędziliśmy paląc twarze w słońcu, ponad chmurami i wdychając rześkie górskie powietrze. Pogorszenie przyszło w nocy. Pulsujący ból głowy nie dał nam zmrużyć oczu przez dobre kilka godzin. Jedynym ratunkiem okazał się Paracetamol o 3:00 nad ranem. 

W efekcie, mogliśmy rankiem ruszyć w dalszą trasę, mocno już nadwyrężeni. A jednak, tego kolejnego ranka maszerowaliśmy już zaskakująco sprawnie. Wyglądało na to, że ta jedna, prawie nieprzespana noc pozwoliła jednak naszym organizmom trochę się do nowych warunków dostosować.

Wdrapaliśmy się więc powoli, aż na 4720 m n.p.m., gdzie zatrzymaliśmy się w górskim schronie. Tam spędziliśmy kolejną noc. Pomimo dużej wysokości, w schronie było zaskakująco ciepło, ale bóle głowy znowu nie dały nam spać.

Następnego ranka, trochę już zmarnowani, ale jeszcze pełni entuzjazmu, ruszyliśmy w górę. Ostatnie podejście okazało się być najtrudniejsze, nie ze względu na bardzo już rozrzedzone powietrze czy na coraz bardziej strome zbocze, ale ze względu na zamarznięty śnieg, który zalegał między skałami.

Dotarliśmy pod „kolana” leżącej „białej kobiety” (bo to właśnie, w języku Nahuatl, oznacza nazwa Iztaccihuatl), na wysokość 4900 m n.p.m. Szlak prowadzący wyżej, na szczyt (5230 m n.p.m.) był już pokryty w dużej części śniegiem i lodem. Mroźny wiatr sprawiał, że 10 warstw ubrań, które mieliśmy na sobie przestawało zatrzymywać ciepło. Nie mieliśmy też ze sobą specjalnego sprzętu i (mimo zapewnień wielu spotkanych Meksykanów, że wcale nie jest on niezbędny) postanowiliśmy, że 4900 m n.p.m. będzie naszym osobistym szczytem.

Dla nas to całkiem niemałe osiągnięcie. Satysfakcję mamy ogromną, zwłaszcza, że pogoda dopisywała przez całe 4 dni, a czynny Popocatepetl uraczył niejednym przedstawieniem.

WSKAZÓWKI PRAKTYCZNE:

- Na sam szczyt (lub szczyty) nieczynnego wulkanu Iztaccihuatl prowadzi ostatni, trudniejszy fragment (stosunkowo prostego wcześniej) szlaku. Podejście jest strome, pokryte śniegiem i lodem. W takich warunkach potrzebne są raki (niektórzy używali też czekanów). Warto wybrać się na sam szczyt z przewodnikiem (zwłaszcza, że szlak rozwidla się i łączy między skałami). My, świadomie, wybraliśmy się na ten trekking samodzielnie. Weszliśmy do momentu, do którego było to bezpieczne.

- Park Narodowy Izta-Popo położony jest 80 km od Miasta Meksyk i 30 km od Puebli. Od strony stolicy można dojechać do niego bardzo dobrze przygotowaną drogą, przez miejscowość Amecameca. Od strony Puebli prowadzi kręta droga szutrowa, która ponoć bywa sezonowa zamykana.

- Główne centrum informacyjne parku znajduje się na Przełęczy Corteza (3700 m n.p.m.). Można w nim kupić bilety wejściowe (koszt 32 mxP od osoby) i próbować się czegoś dowiedzieć. Niestety, zasób udzielanych informacji nie jest zbyt bogaty. Brak map szlaków czy danych dotyczących aktualnych warunków w górach. O wskazówki najlepiej pytać zorganizowane grupy, przyjeżdżające z Miasta Meksyk.

- W samym parku nie ma, niestety, możliwości wynajęcia przewodnika. Jedynymi pracownikami są panowie sprzedający bilety. Wycieczki z przewodnikiem organizowane są przez prywatne agencje w pobliskich miastach (Meksyk, Puebla, Tlaxcala). Takie wycieczki obejmują dojazd i wyżywienie przez kilka dni. O ile nam wiadomo, ceny plasują się między 200, a 300 USD od osoby.

- Na poziomie Przełęczy Corteza (3700 m n.p.m.), obok centrum parkowego, znajduje się duży parking, na którym można zatrzymać samochód i w nim przenocować. Stale obecna jest tam policja turystyczna.

- 8 km dalej (za Przełęczą Corteza), na wysokości 4000 m n.p.m., znajduje się parking La Joyita, a kawałek za nim, La Joya. Można tam bezpiecznie zostawić samochód na czas wyjścia w góry.

- Na wysokości 4720 m n.p.m., na małym wywłaszczeniu, znajduje się schron, w którym bezpiecznie (i darmowo) można spędzić noc. Wewnątrz przygotowane są drewniane półki, na których swobodnie można rozłożyć maty. Miejsca wystarczy dla nawet 20 osób. Schron z zewnątrz obłożony jest blachą, dzięki czemu wewnątrz nie czuć wiatru i jest wystarczająco ciepło.

One Reply to “Nasz wulkan IZTACCIHUATL”

  1. Niesamowite widoki!

Dodaj komentarz