LUDZIE KAMBODŻY

Wsiadamy do małego autobusu pełnego „lokalsów” (w sumie to planowaliśmy złapać stopa, ale chyba nie zostało to poprawnie zinterpretowane). Kierowca każe innym ścisnąć się na siedzeniach, żebyśmy mogli się zmieścić (na szczęście jesteśmy jak najbardziej azjatyckich rozmiarów). Jedziemy, wzbudzając zainteresowanie współpasażerów. Jedna kobieta uśmiecha się i częstuje mnie jajkiem na twardo, w którym białko jest zielone, a żółtko brązowe. Uprzejmie odmawiam, bo taka przekąska w 30°C nie przeszłaby mi przez gardło.

Swoją drogą, a’propos temperatury, tylko my jesteśmy w t-shirt’ach i krótkich spodenkach. Wszyscy Kambodżanie opatuleni od stóp do głów (golfy, bluzy, długie spodnie, skarpetki w japonkach, a niektórzy nawet rękawiczki). My sądzimy, że oni powariowali, oni, że my. Ale wszyscy się do siebie uśmiechają. 

Sama podróż upływa niemal sielsko (drogi wcale nie są takie złe i pojazd mknie bez przeszkód). Sprawa komplikuje się gdy próbujemy wysiąść, bo następuje zmasowany atak na obcokrajowców. Autobus ledwo zdążył wyjechać zza zakrętu, bystre oczy czekających kierowców tuk-tuk’ów od razu namierzyły nasze europejskie rysy i nastąpiło poruszenie. Oni autentycznie biegną, ścigając się ze sobą, żeby stać tuż przy drzwiach i dopaść wysiadającego białego. Bo, oprócz tego, że ewidentnie potrzebują pieniędzy to przecież potrzebują też klientów, którzy by im te pieniądze mogli zapłacić. A klientów jest dużo mniej niż samych taksówkarzy. Nie wspominając o innych usługodawcach, sprzedawcach, masażystach, agencjach turystycznych. W wielu miejscach infrastruktura przygotowana jest tak jakby miała przyjąć 10-krotnie więcej turystów niż aktualnie. No, ale nie przyjmuje. W efekcie kierowcy tuk-tuk’ów wożą po ulicach puste tuk-tuk’i.

Wiele słyszeliśmy o tym jak oszukują i jak próbują naciągać turystów, a przez to są negatywnie kojarzeni. To co widzieliśmy to, przede wszystkim, desperackie próby zarobienia kilku groszy. To, że w takiej sytuacji co któraś osoba nie zagra czysto, zdarza się wszędzie. Ale w zdecydowanej większości przypadków Kambodżanie byli wobec nas serdeczni, pomocni i uczciwi (np. wtedy gdy zupełnie nieprzytomnie chciałam zapłacić Pani 10 razy za dużo, a ona wciskała mi banknoty z powrotem). Należy po prostu uważać i nie korzystać z usług pt.: „for free”, bo coś takiego z założenia nie istnieje (jeśli taksówkarz mówi, że zawiezie nas gdzieś za 10$, my odmawiamy, a on goni za nami i krzyczy: „Ok! Ok! I take you for free!”, to powinna nam się zapalić żarówka).

Mimo to, uśmiechają się do nas. Wyobraźcie sobie taką hipotetyczną sytuację: przyjeżdża sobie taki azjata do Polski, najlepiej do jakiejś zupełnie nieturystycznej miejscowości. Idzie przybysz ulicą, po normalnym osiedlu, bo chce sobie po prostu popatrzeć jak ludzie mieszkają, jak wyglądają ich domy, jak ze sobą rozmawiają, i tak dalej. Czy sądzicie, że mieszkańcy będą się do niego uśmiechać, wołać i machać? No więc właśnie. Dziękuję, pozdrawiam.

My poczuliśmy się jak prawdziwe gwiazdy gdy spacerując sobie po Kampong Chhnang (spytacie co tam jest do zobaczenia – otóż, nic) odpowiadaliśmy na setki pozdrowień i odkrzykiwaliśmy „Hello!” na prawo i lewo. Machali do nas i wołali i dorośli i dzieci. Zdarzało się, że pokazywali na swoje, a potem na nasze nosy i zaśmiewali się do rozpuku. To było i naiwne i urocze, po prostu miłe.

One Reply to “LUDZIE KAMBODŻY”

  1. Ta pierwsza Pani przypomina trochę Baracka Obamę 🙂

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.