Kolorowe i szare Chiapas

Meksyk to Stany Zjednoczone, tyle, że Meksyku. Kraj łączy 31 stanów, tak różnych, że każdy z nich z powodzeniem mógłby być oddzielnym krajem. Każdy ma swoją własną historię i odrębną, specyficzną kulturę, a najbardziej inne wydaje się Chiapas.

Chiapas to stan na południu Meksyku, przy granicy z Gwatemalą. Stan rdzennych Majów, z determinacją zachowujących swoje tradycje i Zapatystów, walczących o prawa mniejszości indiańskich. Chiapas jest jednym z najbiedniejszych regionów Meksyku. Wśród pięknych zielonych wzgórz leżą wioski, w których nie ma dostępu do bieżącej wody i elektryczności. A w ślicznym, kolonialnym i turystycznym San Cristobal de las Casas rosną kolejne zachodnie restauracje i szkoły jogi prowadzone przez ekspatów. Mimo tego, że to miasto ma niezaprzeczalny urok, oryginalną atmosferę, ładne uliczki, miłe deptaki i ciekawe pamiątki to jednak było pierwszym w Meksyku miejscem, które wzbudziło w nas tak skrajne uczucia.

Do tej pory wszystko po drodze zdawało się barwne i wesołe, a kolejne miejscowości pełne były meksykańskich uśmiechów. W Chiapas, mimo żywego folkloru i jego kolorów, poczuliśmy się szaro. Nie potrafiliśmy beztrosko kupować sznurowanych bransoletek od kilkuletnich indiańskich dzieci, które całymi dniami pracują na ulicach. Obserwowanie kobiet, wędrujących wiele godzin ze stertą pamiątkowych szali na głowie, chustą z niemowlakiem na plecach i kolejnym dzieckiem pod pachą, nie dawało poczucia obcowania z kulturą. Lawirowanie samochodem między indiankami usiłującymi sprzedać cokolwiek na drodze lub pobierającymi wyimaginowaną opłatę za przejazd tylko pogłębiało uczucie, że coś jest nie tak. Pojawiły się dziesiątki przedziwnych przemyśleń i jeszcze dziwniejszych dylematów moralnych, na wnioskach dotyczących odpowiedzialnej turystyki kończąc.

Coby dać upust powracającym wciąż pytaniom bez dobrej odpowiedzi wybraliśmy się na modły, tematyczne, bo indiańskie. Dwie najliczniejsze grupy Majów w Chiapas to Tzotzil i Tzeltal, a najbardziej znaną wioską tych pierwszych jest San Juan Chamula. Sama wioska jest zupełnie nieestetycznym miejscem, natomiast jej sercem jest kościół, w którym wierzenia i obrzędy prekolumbijskie splatają się z tradycjami katolickimi, tworząc fascynującą i zupełnie abstrakcyjną całość. Dziwaczna fuzja zwyczajów majańskich i około-chrześcijańskich wygląda tak, jakby konkwistadorzy przybyli tu 1 rok, a nie ponad 500 lat temu. Wzdłuż ścian kościoła ustawione są rzędem przeszklone gabloty, a w nich obłożone kwiatami figury świętych. Majowie przypisują im najróżniejsze odpowiedzialności i stawiają setki świec. Odpowiednia ilość zapalonych płomieni i kolory wosku mają przebłagać świętych i zapewnić wysłuchanie modlitw. Świec jest mnóstwo, ich blask tworzy mistyczną atmosferę, a gęsty dym utrzymuje zapach sosnowego igliwia, którym usiana jest posadzka. Na posadzce siedzą, klęczą lub leżą Majowie. Łykają kukurydziany bimber i wpadają w alkoholowy trans, szepcąc pod nosem litanie. Alkohol popijają gazowanym napojem, po czym bekają, uwalniając z gazem złe duchy. Kiedyś królował tu napój ze sfermentowanej kukurydzy, dziś jego miejsce zajęła Coca-Cola. W kościele rozstawione są puste czerwone puszki ze słynnym logiem. W rogach kościoła siedzą uzdrowiciele, curanderos, odprawiający szamańskie rytuały, przy okazji czyniąc znak krzyża. Rytuały są przeróżnej złożoności, w zależności od rangi problemu. Jest więc okadzanie, smarowanie chorego jajkiem lub opukiwanie go limonkami. Ponoć nierzadko ukręca się też głowy kurom (czego jednak nie mieliśmy szansy podziwiać).

Kościół w San Juan Chamula został wyjęty spod jurysdykcji Watykanu. Majowie z wioski nie uczestniczą w mszach, modlą się sami. Jedynym sakramentem jaki uznają jest chrzest święty. Ksiądz pojawia się tam tylko raz w miesiącu, żeby ochrzcić indiańskie dzieci. Opiekę nad kościołem sprawują wybierani regularnie lokalni przywódcy religijni, którzy większość opłat ponoszą z własnych kieszeni, nierzadko zadłużając się dla prestiżu.

Z San Juan Chamula wyjechaliśmy jeszcze bardziej zdezorientowani niż tam przyjechaliśmy. Ale wizyta zrobiła na nas niesamowite wrażenie. Choć w kościele nie wolno robić zdjęć to pozostały nam żywe skojarzenia: pachnąca igliwiem, zadymiona świątynia, transowa muzyka wygrywana na harmonii i bębnie przez starych Indian przykrytych owczymi skórami,  pijani wierni zapełniający kościelny parkiet.

Dodaj komentarz