Jak najgorzej przekroczyć granicę między USA, a MEKSYKIEM?

Dwa razy i bez sensu! Na dodatek wstecz i prawie nielegalnie, przy okazji unikając mandatu na 5000$. Brzmi fatalnie? Ale tak właśnie nam to poszło! Zamiast planowanych 2 godzin, zajęło cały dzień.

8:00, San Diego, USA

Startowaliśmy z San Diego, które leży bardzo blisko granicy (30 km od meksykańskiej Tijuany). W tym konkretnym przypadku to przygraniczne położenie, zamiast sprawę ułatwić, tylko ją skomplikowało…

9:00, San Ysidro, USA

Przejazd z amerykańskiego stanu California do meksykańskiego stanu Baja California jest tak skonstruowany, żeby Amerykanie mogli wybierać się bez trudu na krótkie, egzotyczne wycieczki do strefy przygranicznej.  Nie ma odprawy paszportowej, nie ma kontroli celnej, nie ma oficerów czekających na bramkach. Są podnoszące się i opadające szlabany, przepuszczające kolejne auta w rytm migających świateł. Mały radar robi kierowcy szybkie zdjęcie za szybą i już, Bienvenidos!

Wiedzieliśmy, że musimy zapłacić za swoje wizy i wykupić specjalne pozwolenie na jazdę amerykańskim samochodem po meksykańskich drogach. Zakładaliśmy, że wszystkie te niezbędne formalności załatwimy na przejściu granicznym.  Z tym, że nie było w zasięgu wzroku żadnego celnika. Tylko niekończący się sznur samochodów, śmigających autostradą przez granicę.

10:00, Tijuana, Meksyk

Ponieważ Półwysep Kalifornijski jest specjalnym obszarem, na którym wspomniane pozwolenie na prowadzenie auta nie jest wymagane i, na którym turyści mogą korzystać z ruchu bezwizowego przez 3 dni, mało kto jest zainteresowany poddawaniem się jakiejkolwiek dodatkowej kontroli. Wygląda na to, że mało kto jest też zainteresowany dokonywaniem jakiejkolwiek kontroli.  

Zdawało nam się jednak, że ze strony amerykańskiej ktokolwiek powinien nas „pożegnać”, a od strony meksykańskiej „przywitać” i zaskoczyło nas bardzo gdy nic takiego nie nastąpiło. Szczerze się zdziwiliśmy gdy zauważyliśmy, że krajobraz miejski wkoło się zmienił, wszyscy panowie nosili kapelusze, a wszystkie afisze świeciły hiszpańsko-języcznymi hasłami. Wjechaliśmy do Meksyku i nawet nie zdążyliśmy zorientować się kiedy dokładnie to nastąpiło.

Byliśmy przekonani, że ominęliśmy jakiś specjalny zjazd, że nie zauważyliśmy oznaczeń i nieopatrznie skorzystaliśmy z jakiejś linii przyspieszonego ruchu dla VIP’ów. Jedyne co przyszło nam do głowy to wracanie do Stanów Zjednoczonych, coby należycie się odprawić (zamknąć dane w I-94 i wykupić wizy Meksykańskie).

11:00, Tijuana, Meksyk

Bez wahania jechaliśmy według wskazówek nawigacji (tym bardziej, że wszystkie oznaczenia na ulicach i wiaduktach w Tijuanie były bardziej mylące niż pomocne). Gdzieś podczas zmieniania pasów na rozjazdach mignęła nam tablica  informacją „SENTRI only”, ale uprzejmie ją zignorowaliśmy, nie mając pojęcia co to hasło oznacza (i zakładając naiwnie, że może to być jakieś latynoskie określenie). To, że pod spodem było jeszcze napisane „5000$ fine” musiało umknąć naszej uwadze.

Zaświtało nam, że coś jest nie tak dopiero wtedy, gdy zauważyliśmy, że linia samochodów na naszym pasie porusza się bardzo szybko w porównaniu do wszystkich sąsiednich (które, w zasadzie, stały w miejscu), a kierowcy przed nami wyciągali przez okna ręce i skanowali tajemnicze karty w automatach stojących przy przejeździe. Było już jednak za późno na zmianę położenia i musieliśmy tłumaczyć swoją zawiłą sytuację amerykańskiemu celnikowi, który oczekiwał i od nas okazania karty (jak się później okazało, zwanej właśnie „SENTRI”). Uprzejmy pan oznajmił, że mamy mały problem i w jego obowiązku jest wystawienie nam mandatu na kwotę 5000$ (za bezprawne użycie przyspieszonego pasa „SENTRI”), ale w drodze wyjątku wyśle nas do specjalnego stanowiska wzmożonej kontroli (gdzie będziemy musieli tłumaczyć się raz jeszcze i otrzymamy ostrzeżenie).

12:00, Tijuana, Meksyk

Zostaliśmy więc wpisani do kolejki podejrzanych aut, w których policjanci przeszukiwali bagażniki, a ich psy nadkola i podwozia w poszukiwaniu nielegalnych smaczków przemycanych z Ameryki Środkowej. Gdy przyszła nasza kolej policjant wybałuszył oczy na tłumaczenie, którego główny sens był taki, że się zgubiliśmy. Powtarzanie, że przed chwilą wjechaliśmy z USA do Meksyku, a teraz wyjeżdżamy z niego, żeby za chwilę wjechać jeszcze raz, nie stawiało nas w dobrym świetle. Jakkolwiek brzmiało to zupełnie bez sensu, to policjant musiał ostatecznie uznać, że wiemy o czym mówimy. Przeprowadził szybki, standardowy wywiad graniczny i wpuścił z powrotem do USA. Poza faktem, że zostaliśmy wpisani w bazę wykroczeń i ostrzeżeni, że za kolejnym razem będziemy już musieli zapłacić karę 5000$, wszystko poszło jak z płatka.

13:00, San Ysidro, USA

Wyjechaliśmy więc z Meksyku i zawróciliśmy w pierwszym możliwym miejscu, żeby znów do niego wjechać, tym razem uważniej sprawdzając wszystkie mijane oznaczenia. Znowu jednak nie było żadnego rozjazdu, żadnego specjalnego punktu odprawy. Tylko ta jedna autostrada, prowadząca bezpośrednio do Tijuany. Znowu po prostu przejechaliśmy pod podniesionym szlabanem i w mgnieniu oka znaleźliśmy się w Meksyku. Nie było szans na rozejrzenie się, ani tym bardziej zatrzymanie czy spytanie kogokolwiek o wskazówkę, wkoło gnały samochody i jakiekolwiek manewry skutkowałyby stłuczką (w najlepszym wypadku).

14:00, Tijuana, Meksyk

Przyznam, że spanikowałam. Moja, zdezorientowana już zupełnie, głowa doszła do wniosku, że właśnie ponownie bezprawnie skorzystaliśmy z przyspieszonego przejazdu i tym razem nie unikniemy już kary 5000$. Nie mieliśmy pojęcia co w tej sytuacji ze sobą zrobić. Zatrzymaliśmy się na parkingu przed najbliższym supermarketem w Tijuanie. Odnaleźliśmy punkt Telcel, w którym zaopatrzyliśmy się w meksykański numer telefonu i mały pakiet internetowy. Szybkie przeszukanie sieci pozwoliło odetchnąć z ulgą. Wyglądało na to, że nie tylko my mieliśmy dotąd podobne problemy. Na wielu forach wyczytać mogliśmy, że najtrudniejszym etapem odprawy paszportowej w Tijuanie jest znalezienie miejsca, w którym się ona odbywa. Dowiedzieliśmy się więc chociaż tyle, że takie miejsce w ogóle istnieje.

Uświadomiliśmy sobie prędko jak straszliwie absurdalny był nasz powrót do USA (nie miało to już jednak znaczenia, w kontekście zachowanych 5000$). Mogliśmy zająć się kolejnym problemem, a mianowicie odnalezieniem urzędu imigracyjnego. Zaczęły się kolejne schody, nie było celnika, który mógłby nam podpowiedzieć, nie było żadnych oznaczeń, a przechodnie nie mieli zielonego pojęcia o co pytamy.

15:00, Tijuana, Meksyk

Ze sporą nieufnością pojechaliśmy do punktu Imigracion, który wskazał nam Google. Choć przeczuwaliśmy, że fakt, że miejsce to leży 10 km od granicy czyni przejażdżkę bez sensu, to była to jedyna wskazówka, jaką udało nam się znaleźć. Pan w tym urzędzie o żadnych wizach nigdy nie słyszał. Mógł tylko podejrzewać, że powinniśmy pytać o nie na samej granicy. Znowu więc zawróciliśmy (ze wzmożoną ostrożnością omijając z daleka znaki „SENTRI”).

16:00, Tijuana, Meksyk

Zaparkowaliśmy ponownie pod sklepem i na piechotę penetrowaliśmy okolicę, zaglądając we wszelkie możliwe kąty, szukając jakichkolwiek znaków. Znaków nie było, były za to druty kolczaste i żołnierze z karabinami.

Udało nam się jednak znaleźć osobę, która potrafiła nam pomóc. Wesoły ochroniarz zaśmiał się (podejrzewamy, że nie pierwszy raz widział podobnie zagubionych turystów), odsunął dla nas bramkę i polecił kierować się pod prąd, obok wspomnianych żołnierzy z karabinami. Rzeczywiście, za grubą ścianą, za zakrętem, za wysokim płotem (za górami, za lasami…), znajdował się punkt odprawy celnej i banku państwowego Banjercito (w którym można było opłacić i wizy turystyczne i tymczasowe pozwolenie samochodowe).

17:00, Tijuana, Meksyk

Na miejscu wszystkie formalności poszły gładko. Gdybyśmy wiedzieli to wcześniej, uniknęlibyśmy kilku godzin szalonego jeżdżenia wte i wewte, nadprogramowego przekraczania granic i pozostawienia swojego śladu w kartotece straży granicznej Stanów Zjednoczonych. Ale nie wiedzieliśmy i nie skręciliśmy z głównej autostrady w prawo, za ścianę, przy której (jak później dostrzegliśmy) umieszczona była mała tabliczka „Something to declare”. Zadeklarowaliśmy, w końcu, tyle, że z małym opóźnieniem…

Ale warto było, bo już drugiej nocy spaliśmy w niesamowitej scenerii, wśród olbrzymich kaktusów, które pozwoliły nam zapomnieć o stresie granicznych przygód i przypominały, że jesteśmy  w Meksyku!

6 Replies to “Jak najgorzej przekroczyć granicę między USA, a MEKSYKIEM?”

  1. Jakoś mało ilustracji do tej przygody ale rozumiem, że stresowo było i nie myśleliscie o aparacie. A swoją drogą to co mieliście fotografować skoro cały dzień na autostradach. Autostradę, szlaban i wielką betonową scianę? …mi i tak by się podobało 🙂

    1. Informacje (szczególnie po amerykańskiej stronie) aby nie robić nic podejrzanego, bo można zostać zastrzelonym, nie zachęcały do „strzelania” fotek 😛

  2. nieźle 😀

  3. Liquor store! uratowani!

    1. hehehehe!
      Nawet nie zauważyłem. Na starość pierwotny instynkt tancerza ludowego we mnie przygasa 🙂

Dodaj komentarz