HAI PHONG i nasza impreza pożegnalna

Do Hai Phong'u przyjechaliśmy tylko i wyłącznie dlatego, że z lotniska Cat Bi w tym mieście miał startować nasz samolot do Seulu. Nie zwiedzaliśmy miasta nic, a nic. Nie mieliśmy już na to siły. Po 75 dniach w podróży musiał w końcu dopaść nas kryzys. Energia nas opuściła. Organizmy się zbuntowały. Okazało się, że lekiem na wszystko miało być wino ryżowe na wietnamskich urodzinach!

Wizyta w Hai Phongu zaczęła się od tego, że Wietnamczykowi, który zaoferował, że przyjmie nas w swoim domu, zakazała tego policja. Byliśmy już umówieni i pełni spokoju i nadziei na odpoczynek znaleźliśmy jego adres, a na miejscu usłyszeliśmy zdenerwowane „The police asks for your passports!”. O zgrozo! Wizyta na wietnamskim komisariacie należała do ostatnich na liście naszych życzeń. Na szczęście, gdy już mieliśmy się tam kierować, nasz nowy znajomy otrzymał telefon z kategorycznym zakazem nocowania pod swoim dachem jakichkolwiek obcokrajowców. To był pierwszy raz gdy tak bezpośrednio zetknęliśmy się z ograniczeniem swobody obywatelskiej w Wietnamie. Mogliśmy się tylko cieszyć, że na tym się zaczęło i, na szczęście, na tym skończyło.

Znaleźliśmy szybko miejsce w najbliższym hotelu, którego jedyną zaletą było to, że był tani, a poza tym był najbardziej zagrzybionym miejscem w jakim przyszło nam się zatrzymać. Zagryźliśmy zęby i padliśmy na białe prześcieradło, które było enklawą czystości wśród zabrudzonych ścian. Szybka drzemka pozwoliła nam na regenerację przed wieczorną imprezą, na którą zaprosił nas zakłopotany gospodarz po tym, gdy był zmuszony wyprosić nas ze swojego domu.

Po zapowiedziach, że to impreza urodzinowa koleżanki w jej nowym mieszkaniu, spodziewaliśmy się nowoczesnej domówki, a tymczasem trafiliśmy na zupełnie tradycyjne, azjatyckie przyjęcie, z jedzeniem rozłożonym na matach na ziemi i winem ryżowym rozlewanym z plastikowego baniaka. To był najciekawszy akcent na pożegnanie z Wietnamem!

Specjalnie na tę okazję gospodarz przyrządził dania z królika, kaczki i żaby. Stale dokładano ryżu, który nigdy się nie kończył, ale (ku uciesze Kamila) podawano też ziemniaki! Panowie przyswajali kolejne kieliszki wina ryżowego. Każdy z nich musiał przynajmniej raz zaprosić do toastu gospodarza, a po wypiciu wymienić uścisk dłoni. Potem pił już każdy z każdym po kolei. Mowa głównie o panach, ale nie tylko. Fakt, że kobieta wypija mocny alkohol w obecności swojego męża, a on na dodatek się z tego cieszy, był chyba dla Wietnamczyków niezwykle zabawny.

Tradycja picia w Wietnamie nieco różni się od tej w Polsce. Stężenie alkoholu oscyluje raczej w okolicy 20% niż 40%. Kieliszków nie wypełnia się z meniskiem wypukłym i nie opróżnia się za każdym razem do samego dna. Kobiety raczej nie piją, a przynajmniej nie w towarzystwie mężczyzn. Zabawa po 3 godzinach kończy się na dobre, a nie rozkręca się w najlepsze. Ale bawiliśmy się świetnie, byliśmy zafascynowani lokalnymi sposobami na wznoszenie toastów, a sama nasza obecność i nieporadne próby naśladowania wietnamskich gestów przyniosły sporo powodów do ubawu uczestnikom imprezy.

Dodaj komentarz