BRAMA do KAMBODŻY

Przejście graniczne między Tajlandią (Aranyaprathet), a Kambodżą (Poipet) jest bramą między dwoma odrębnymi światami. Dopiero w tym miejscu naprawdę poczuliśmy, że jesteśmy w Azji. Na taki klimat czekaliśmy od dłuższego czasu.

Urzędnik wypisuje na kartce kwotę, którą mamy zapłacić za wizę wjazdową: 30 USD i 100 TBH. Oficjalny koszt wizy się zgadza. Pytamy, za co te tajskie bahty? „Border! Thailand! Pay bahts!” słyszymy w odpowiedzi i chyba nie mamy innego wyjścia. Pozostaje nam cieszyć się z faktu, że oszukano nas na mniejsze sumy niż się spodziewaliśmy. Korupcja to chleb powszedni. Podobno Khmerzy mają na to odrębne określenie w swoim języku: „puk royul”, oznacza dosłownie coś zgniłego, czego należy się pozbyć.

A jednak, pomimo wszystkich kontrastów jakie obserwujemy, mamy wrażenie, że to nie jest ten sam kraj, o którym tak wiele wcześniej czytaliśmy. Szykując się do wyjazdu wertowaliśmy artykuły i relacje podróżników, sprzed wielu lat i sprzed wielu miesięcy. Spodziewaliśmy się końca świata, bijącej po oczach biedy, wszechobecnego brudu i zupełnego chaosu. Żebrzące dzieci widać, owszem, ale nie zostaliśmy przez nie zaatakowani. Kalekich ludzi widać również, ale nie tak wielu jak kiedyś. Oczywiście, daleko Kambodży do bogatej Tajlandii, ale też nie jest tak, że wszystko maluje się w zupełnie czarnych barwach.

Cieszymy się, że ruch uliczny jest znów jak należy, prawostronny. W końcu można obracać głowę w lewo przed wejściem na jezdnię, i nie będzie to sprawdzanie jak daleko odjechały już samochody. I, wbrew wszystkim opiniom o azjatyckim bezładzie na ulicy, będziemy twardo utrzymywać, że jest w tym sens i logika. Europejczyk musi po prostu przestawić swój sposób pojmowania przepisów drogowych. To nic, że nieraz w taksówce jedzie upchniętych 7 pasażerów, a kierowca siedzi na kolanach jednego z nich. Wszystko co się porusza, skutery, rowery, samochody, autobusy, tuk-tuk’i, stosują mijanie „na zakładkę” i działa to, na oko, bardzo sprawnie.

Czuć pozostałości francuskiego wpływu. Kolonialny styl widać na budynkach. Jesteśmy zaskoczeni ich wyglądem. Kraj się odbudowuje, dosłownie i w przenośni. Wszędzie unosi się kurz z gliniastej, przydrożnej ziemi wymieszany z pyłem każdej kolejnej budowy. Nie wiemy czy nad planami czuwał ktoś odpowiedzialny za estetyczne zagospodarowanie przestrzeni, ale nowe domy wyglądają spójnie i stylowo. Projekty ewidentnie nawiązują do dawnej epoki: łuki, balkony, zdobne balustrady, żłobione drzwi. Jadąc drogą, oglądać można na zmianę suche łąki, zielone pola ryżowe, rzędy barakowych chałupek na palach i nowe domy. Wszystko jest schludne i nawet baraki bywają zdobione. Wygląda to zadziwiająco ładnie. Oczywiście, wszystkie te inwestycje finansowane są przez zagraniczne firmy, głównie chińskie i japońskie, rozwijające swoje biznesy na nieopanowanym jeszcze rynku.

Mnóstwo dzieci. Dzieci biegają po ulicach i polach, dzieci jeżdżą na rowerach i skuterach. Przyrost naturalny jest tu wysoki. Wygląda to tak jakby dzieci było tak dużo, że brakuje dorosłych by się nimi zająć, więc przydzielane są im najróżniejsze zajęcia. Niestety, niekoniecznie należy do nich chodzenie do szkoły. Dzieci sprzedają pamiątki, dzieci pomagają rodzicom na straganach. Sytuacja dzieci w Kambodży to temat zupełnie odrębny i bardzo trudny. Podobno na przestrzeni ostatnich lat uległa poprawie. Bardzo wiele organizacji charytatywnych pompuje pieniądze w budowę szkół, zbiórki czy akcje pomocy dla sierot. My na razie możemy obiektywnie stwierdzić, że dzieci jest w Kambodży znacznie więcej niż w Polsce (33% społeczeństwa ma poniżej 15 lat). Może to, że widać je na dworzu to (oprócz stabilnych 30°C w cieniu) dodatkowo wypadkowa tego, że nie mają komputerów w domach, więc wciąż jeszcze bawią się na zewnątrz?

Króluje dolar. Na każdym sklepie i stoisku świeci znaczek $. Lokalne, khmerskie riele rzadko są używane. W każdym razie nie w turystycznych miejscowościach. Ewentualnie, można wydawać nimi drobną resztę. Efekt jest taki, że jest drożej niż w Tajlandii. Możemy pożegnać się z paczkami ciasteczek za symboliczną złotówkę. Kambodża, oprócz ryżu i owoców, niewiele produkuje. Większość produktów musi importować, a za to trzeba więcej zapłacić. Poza tym, używanie dolara to doskonałe rozwiązanie dla sprzedawców. Wszystko kosztuje „only 1$”. I mało i dużo, zależy w końcu za co płacimy. Gdyby ceny były w rielach można byłoby operować tysiącami i ugrać fantastyczne zniżki. W pojedynczych dolarach nie mamy takiej opcji. Inna sprawa jest taka, że hasło „only 1$” ma drugie dno. Jest to kwota, za którą dziennie musi przeżyć przeciętny mieszkaniec Kambodży.

Tak przynajmniej było jeszcze do niedawna. Oglądając kraj od środka mamy wrażenie, że to zupełnie inne miejsce niż to o jakim wielokrotnie czytaliśmy w relacjach innych podróżników sprzed paru lat. Nie spotykamy żebrzących na ulicach starców i dzieci, nie widać skrajnej biedy. Od wielu osób słyszeliśmy, że ostatnich kilka lat to prawdziwy skok rozwojowy we współczesnej historii Kambodży i w wielu miejscach możemy zobaczyć zmiany na własne oczy.

Dodaj komentarz