BANGKOK NIE ZACHWYCIŁ

Trudno jest opisywać coś co nie zrobiło większego wrażenia, nie wzbudziło emocji. Szkoda takich odczuć z pierwszego przystanku, ale taki właśnie okazał się dla nas Bangkok.

Słyszałam kiedyś o „syndromie Paryskim”. Azjatyccy turyści przybywali do Francji, spragnieni romantycznych wrażeń w stolicy zakochanych. Tymczasem w pakiecie z wieżą Eiffla otrzymywali też bezdomnych z całym swoim dobytkiem okupujących większość przestrzeni chodnikowej Paryża. Zawiedzeni kontrastem między oczekiwaniami i rzeczywistością popadali w stany depresyjne.

Porównanie do depresji jest zdecydowaną przesadą, ale możemy powiedzieć, że się lekko zawiedliśmy. Nie od dzisiaj wiemy, że duże, głośne i tłoczne miasta nie należą do naszych ulubionych miejsc, ale nastawialiśmy się na pozytywne zaskoczenie. W końcu o Bangkoku i jego egzotyce krążą niesamowite historie. Ale my „egzotyki” i „niesamowitości” nie odczuliśmy.

Nie jest tak, że nie spodobało nam się w ogóle. Były miejsca, które uznaliśmy za warte polecenia. Ale miasto jako całość do nas nie przemówiło.

Kierując się przewodnikowymi hasłami pt.: „things you must do in Bangkok” w ciągu 4 dni:

KHAO SAN ROAD

Odwiedziliśmy Khao San Road, czyli słynną backpacker’ską ulicę, pełną niedrogich hosteli, różnorodnych knajpek, turystycznych straganów z pamiątkami i stoisk z tzw.: street-food’em. W porównaniu do krążących o niej legend wydała nam się zaskakująco zwyczajna.

Bardziej podobała nam się położona równolegle Rambuttri Alley. W tym właśnie miejscu zjedliśmy przygotowane bezpośrednio na stoisku Pad Thai, jak na turystów przystało.

TUK-TUKI I TAKSÓWKI

„Zaliczyliśmy” przejażdżkę Tuk-Tuk’iem i niedrogą Tajską taksówką. Doświadczenie rzeczywiście przyjemne, poza faktem, że panu taksówkarzowi z miejsca udało się nas oszukać (gdy wsiadaliśmy do samochodu i spytaliśmy o miejsce docelowe, kiwnął głową twierdząco, a po kilku minutach jazdy zaczął tłumaczyć, że drogi w promieniu 3 km od świątyni są zablokowane przez policję, więc zawiezie nas na stację promu. Zawiózł na stację, ale prywatnej łodzi, za przejazd którą życzono sobie 1500 TBH (czyli około 155 PLN)). Na szczęście, niedaleko tej komercyjnej stacji znaleźliśmy miejską przystań z ceną 15 THB (1,55 PLN) za rejs.

ULICZNE TARGI

Odwiedziliśmy uliczne targi. Bazarów, mniejszych i większych, jest w Bangkoku rzeczywiście mnóstwo. Oferują praktycznie wszystko i w bardzo atrakcyjnych cenach. Spośród tych które udało nam się zobaczyć (m.in.: Chinatown market i Flower Market) najbardziej podobał nam się Chatuchak Market,  czyli rozległy weekend’owy targ. My, ze względu na bardzo restrykcyjny budżet, nie obkupiliśmy się, ale mimo to polecamy wizytę tam. Każdy kto chce przywieźć z Tajlandii ciekawe pamiątki, znajdzie na Chatuchak Market coś dla siebie. Co ciekawe, nie uraczy się tam kiczu i tandety (my nawet z premedytacją takich stoisk szukaliśmy, ale na nie nie natrafiliśmy). Nie jest to miejsce nastawione tylko i wyłącznie na turystów. Widać, że odwiedzają je też mieszkańcy miasta.

MIEJSKIE PARKI

Odpoczywaliśmy w miejskich parkach, które były dla nas zbawienne po długich spacerach wzdłuż hałaśliwych ulic. Możemy polecić Chatuchak Park, w którym zatrzymaliśmy się po wizycie w Chatuchak Market. Tuż przy parku, na Kamphaeng Phet 3 Road, można znaleźć pełno ulicznych stoisk i dobrze zjeść.

Innym przyjemnym miejscem był Lumpini Park, w którym miłym zaskoczeniem były całe tłumy biegających i ćwiczących wieczorem Tajów.

STREET FOOD

Próbowaliśmy lokalnego jedzenia. Uliczne stoiska oferujące owoce, przekąski czy pełne dania można znaleźć na każdym kroku. Jak dotąd, najbardziej zasmakowaliśmy w Som Tum Thai, czyli sałatce z zielonej papai.

LOKALNY TRANSPORT

Korzystaliśmy z lokalnego trasportu, który z przykrością musimy ocenić jako kiepski i stosunkowo drogi, jak na tak wielkie i zatłoczone miasto! Oznaczenia są jednak bardzo dobre i przeciętny Europejczyk bez problemu może odnaleźć się na stacji metra czy naziemnego pociągu (tzw. Sky Train). Gorzej jest z oznakowaniem połączeń promowych na rzece Chao Phraya (Menam). My pierwszego dnia zostaliśmy specjalnie skierowani do stacji linii turystycznej CPE-B (Chao Phraya Express – Blue). Dopiero po jakimś czasie, gdy już lepiej zapoznaliśmy się z mapą Bangkoku i jego komunikacją, wiedzieliśmy, że należy wybierać CPE-O (Chao Phraya Express – Orange). Ta linia ma więcej przystanków, a jednocześnie jest prawie trzykrotnie tańsza niż niebieska linia turystyczna.

ŚWIĄTYNIE BUDDYJSKIE

Zwiedzaliśmy buddyjskie świątynie. I uznajemy je za najciekawsze punkty miasta. Świątyń jest tu pełno i rozsiane są po wszystkich dzielnicach. Nie trzeba więc specjalnie jechać do typowo turystycznych lokacji, żeby na nie natrafić. Nam udało się wejść do kilku mniejszych i aktywnie działających ośrodków. Największe wrażenie zrobiła na nas świątynia Wat Pho, którą zdecydowanie polecamy. Wejście do jej kompleksu kosztuje jedynie 100 TBH (około 11 PLN), a można spędzić tam kilka godzin, spokojnie spacerując między pagodami i kaplicami (na dodatek w gratisie otrzymuje się małą butelkę wody). Teren Wat Pho wcale nie jest przepełniony turystami, za to miejscowych kotów można spotkać naprawdę wiele.

W przeciwieństwie do Wat Pho, pobliski Pałac Królewski jest bardzo obleganym i zatłoczonym miejscem. Rozważaliśmy wizytę tam, ale tłumy oczekujących przed wejściem skutecznie nas od tego pomysłu odwiodły. Zdaje się, że po niedawnej śmierci (13 października 2016) swojego króla Bhumibola (Rama IX), Tajlandia wciąż bardzo intensywnie przeżywa żałobę. Oprócz wycieczkowiczów w kolejce do kompleksu pałacowego stały liczne grupy ubranych na czarno Tajów.

 

Całe zresztą miasto wypełnione jest olbrzymi ołtarzami z obrazami przedstawiającymi króla, obwieszonymi girlandami kwiatów. Pod tym względem kraj wydaje się bardzo silnie zjednoczony. Tajowie to patrioci. Któregoś popołudnia o godzinie 18:00, razem z nimi stanęliśmy w miejscu w Parku Benjakitti, aby wysłuchać emitowanego z głośników hymnu narodowego.

One Reply to “BANGKOK NIE ZACHWYCIŁ”

  1. Powodzenia w dalszej podróży! Trzymam kciuki 🙂

Dodaj komentarz