AUTOSTOP (i nie tylko) w TAJLANDII – NASZE PIERWSZE WZLOTY i UPADKI

Ustanowiliśmy pierwszy rekord absurdu pokonanej trasy. Ciężko jest nam nawet odtworzyć ją w pamięci. W dużym skrócie wyglądało to tak:

Przystanek 1: Sukhothai

Bladym świtem spakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy na trasę wylotową z Sukhothai w kierunku północnych prowincji. Po kilku przemaszerowanych kilometrach uznaliśmy, że najwyższy czas zacząć szukać podwózki. Mało co tą drogą jeździło, więc kiedy ręce więdły nam już po 30 minutach machania, byliśmy uradowani gdy w końcu zatrzymał się koło nas samochód, a kierowca twierdząco kiwał głową na hasło „Chiang Mai”. Szkoda tylko, że gdy wsiedliśmy, on zaraz zawrócił i zawiózł nas na stację autobusową w Sukhothai. Tym oto sposobem straciliśmy kawał czasu i elegancko cofnęliśmy się o kawał drogi. Uprzejmie dziękując pomocnemu panu (który wyrażał chęć poprowadzenia nas do kas biletowych, a gdy zapewnialiśmy, że sami sobie poradzimy, zostawił wizytówkę, żebyśmy mogli zadzwonić w razie potrzeby) schowaliśmy się na dworcu i czekaliśmy, aż odjedzie. Tłumaczenie nie miało sensu. Niektórzy po prostu ewidentnie nie orientowali się i nie rozumieli, że chodzi nam o autostop.

Przystanek 2: Tak

Na nowo zarzuciliśmy plecaki i ruszyliśmy na wylotówkę. Zajęło nam dobre kilka godzin zanim udało nam się opuścić  obszar miasta, bo kolejni kierowcy mogli podrzucić nas za każdym razem tylko o parę kilometrów. Zdążyliśmy przy okazji przekonać się, że Tajowie są naprawdę uczynni. Nawet jeśli zupełnie nie znają angielskiego, nie boją się zatrzymać, żeby pomóc. Mieliśmy szczęście do tajskich żołnierzy, bo to oni właśnie najdalej nas podwozili. Z jednym z nich dojechaliśmy do miejscowości Tak, która nie wyróżniała się niczym specjalnym poza swoją, ciekawą dla Polaków, nazwą (którą w Tajlandii wymawia się zupełnie inaczej), nie mieliśmy więc ochoty zatrzymywać się tam dłużej. Z perspektywy czasu wiemy, że tak byłoby dla nas lepiej, ale takie rzeczy zawsze wie się „po szkodzie”.

Z dworca w Tak odjeżdżały co godzinę, w dzień i w nocy, autobusy do Chiang Mai i Chiang Rai i kosztowały naprawdę niewiele. Ponieważ było jeszcze wczesne popołudnie postanowiliśmy jednak nie korzystać z nich, ale kontynuować dobrą autostopową passę. Nasuwał nam się prosty wniosek, że w każdej z kolejnych miejscowości po drodze będziemy mogli wsiąść w te same autobusy, a na dodatek zapłacimy za nie jeszcze mniej.

Przystanek 3: Lampang

Kolejny żołnierz zabrał nas 200 km dalej, do miasta Lampang. W Lampang skręcał na zachód, do Chiang Mai. Oczywiście, moglibyśmy się z nim zabrać w dalszą drogę, ale zrezygnowaliśmy z tego, rozochoceni domniemanym rozkładem jazdy autobusów na północ, do Chiang Rai (w międzyczasie kilkukrotnie zmienialiśmy decyzję o celu podróży). Po kolejnych kilometrach przemaszerowanych w pełnym słońcu dotarliśmy na dworzec w Lampang, gdzie dowiedzieliśmy się, że żadnych o tej porze autobusów nie ma i możemy zakupić bilety na pierwszy autobus kolejnego dnia o świcie. Cena była, rzecz jasna, dużo wyższa od tej, którą proponowano nam 200 km wcześniej, w Tak. Do tej pory nie wiemy jaką trasą jadą te wszystkie autobusy, skoro ewidentnie Lampang znajduje się w prostej linii między Tak, a Chiang Rai. Autobusy do Chiang Mai jeździły, owszem, ale wszystkie miejsca były już w nich zarezerwowane. Żeby nie mieć sobie nic do zarzucenia, przespacerowaliśmy się też na dworzec kolejowy i spytaliśmy o rozkład pociągów. Ostatni odjechał o godzinie 15:00. Ponieważ była godzina 16:00, uznaliśmy, że jest jeszcze szansa na złapanie autostopu przed zmierzchem. Do Chiang Rai było już zbyt daleko, zdecydowaliśmy się na jechanie do Chiang Mai (łatwiejsze powinno być, w końcu, znalezienie noclegu w większym mieście).

Wróciliśmy więc, dobrze znaną już ścieżką, na miejsce, w którym wcześniej wysadził nas pomocny żołnierz. Stanęliśmy koło zatoczki, w której starszy pan i jego żona czekali na coś lub kogoś w swoim Mercedesie. Po jakimś czasie (w którym my bezskutecznie machaliśmy rękami) pan zwrócił na nas uwagę i ładną angielszczyzną spytał skąd jesteśmy. Na informację, że z Polski, odpowiedział, że był w tym kraju już 3 razy, a niedługo wybiera się i 4 raz. Przyznajemy, że się zdziwiliśmy, w końcu raczej mało który mieszkaniec Tajlandii tak często wybiera się w rejony strefy umiarkowanej. Okazało się, że elegancki pan jest światowym prezydentem CIOFF, czyli międzynarodowej organizacji folklorystycznej, współpracującej z UNESCO. Dla nas, tancerzy, którzy poznali się w zespole ludowym i przeżyli wspólnie niejeden festiwal folklorystyczny, był to dość niezwykły zbieg okoliczności. Pan Udomsak Sakmunwong zaproponował, że jeśli poczekamy jeszcze chwilę, aż mechanicy zabiorą jego stary samochód, on załatwi nam transport do Chiang Mai. Ochoczo przystaliśmy na tę propozycję, widząc światełko w tunelu. Jakież było nasze zdziwienie gdy kierowca zawrócił i … zaczął kierować się na stację autobusową w Lampang. Udało nam się wytłumaczyć, że już na stacji byliśmy i, niestety, wygląda na to, że nie ma szans na dotarcie tego dnia autobusem do żadnego z miast, do których chcielibyśmy trafić. Pan wpadł w zakłopotanie gdy zorientował się w całym tym nieporozumieniu, ale wybrnął z niego bardzo stylowo, mówiąc, żebyśmy zaufali, że on załatwi nam transport. Rzeczywiście, kazał nam zostać w samochodzie ze swoją żoną, a sam po kilku minutach wrócił z biletami dla nas (których wcześniej, według kasjerki, nie było). W ramach podzięki staraliśmy się nauczyć go wymawiać nazwy miast, do których wkrótce miał się wybrać (Strzegom i Kołobrzeg).

Przystanek 4: Chiang Mai

O godzinie 20:00 dotarliśmy do Chiang Mai. Na koniec tej serii fortunnych (bądź nie) zdarzeń zostało nam już tylko znalezienie miejsca do spania. Będąc w trasie i kilkukrotnie zmieniając zdanie co do celu, nie byliśmy w stanie wcześniej zastanowić się gdzie moglibyśmy się zatrzymać, ani tym bardziej niczego zarezerwować. Uznaliśmy, że nie powinno to stanowić żadnego problemu. W końcu zaplecze noclegowe w Chiang Mai jest olbrzymie. Było, owszem, ale było też w olbrzymim stopniu pozajmowane. Po 2 godzinach spaceru po hostelach i guest-house’ach, które albo wystawiały tabliczki z informacją „120% full”, albo przedstawiały cenę kilkukrotnie przekraczającą nasze ekonomiczne możliwości, nie wiedzieliśmy czy się śmiać czy płakać. Gdzieś między rezygnacją, a frustracją  zakwitł jeszcze jeden, rewelacyjny, zdawałoby się, pomysł: co jak co, ale z Chiang Mai na pewno odjeżdżają autobusy nocne do Chiang Rai. Byliśmy już zbyt zmarnowani, żeby na nowo maszerować kilka kilometrów do terminalu numer 2 (które wcześniej przemierzyliśmy w kierunku starego miasta). Wykupiliśmy więc szybką przejażdżkę tuk-tuk’iem (targowanie się z kierowcą pamiętam już jak przez mgłę, ale, o dziwo, poszło mi jeszcze zaskakująco dobrze). Na dworcu dowiedzieliśmy się, rzecz jasna, że żadnych autobusów nocnych nie ma. Co może zrobić człowiek w takim stanie i w takiej sytuacji? Szukać restauracji McDonald’s! Na szczęście, była, tuż obok dworca, całodobowa. Po całej wcześniejszej przeprawie wcale już nam nie przeszkadzał brak łóżka. Ważne było to, że możemy usiąść, zjeść frytki, zamówić herbatę i przeczekać 8 godzin. Bilet do Chiang Rai, i tak i tak, zakupiliśmy. O 7:00 rano wsiedliśmy w kolejny autobus.

O naszych wrażeniach z Chiang Rai i Chiang Mai będziemy pisać już wkrótce!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.