3 DOLARY na wietnamskiej granicy

Na wstępie podkreślamy, że pękamy z dumy, bo udało nam się oszukać system i nie straciliśmy żadnego z tytułowych dolarów. A w Wietnamie dać się oskubać jest naprawdę nietrudno. Małe przekręty i większe kłamstwa czają się na każdym kroku. Wietnamczycy lubują się w naciąganiu turystów. Czasem robią to tak ewidentnie i w tak mało błyskotliwy sposób, że mam ochotę im powiedzieć, że sama mam sto lepszych pomysłów na to jak mogliby mnie oszukać.

Ale nie generalizujmy. Ogólnie rzecz ujmując, to są przemili ludzie. Trzeba uważać tylko na tych, którzy widzą w nas chodzący worek pieniędzy obleczony białą skórką. Oczywiście to oni właśnie nas dopadną, a tych uczciwych z reguły będziemy musieli szukać sami. Mimo wszystko, poszukać warto.

Wracając do tematu głównego, a więc magicznych dolarów na powitanie w Socjalistycznej Republice Wietnamu:

1$ - Dolar nr 1

Wykupiliśmy bilety na autobus z Kep w Kambodży do Can Tho w Wietnamie. Granicę przekraczaliśmy między Prek Chak, a Hà Tiên. Jeszcze przed bramą po stronie Kambodżańskiej autobus zatrzymał się i przy oknie stanęła młoda Azjatka, krzycząc: „Pay 1$ for the police and give me your passport”.  Nastąpiło poruszenie i ludzie zaczęli pytać o co chodzi. Pani wyjaśniła, że zbiera paszporty turystów w kupkę i niesie do celnika, coby ten podstemplował wyjazd z kraju. Za tę uprzejmość należy się 1$ od osoby. Rzecz jasna, można próbować zgłosić się do celnika na własną rękę, ale nie ma gwarancji, że zdąży się na autobus w dalszą drogę i istnieje ryzyko, że trzeba będzie koczować do dnia następnego. Pod tą straszliwą groźbą większość ludzi zapłaciła po dolarze. My jako jedyni postanowiliśmy sprzeciwić się temu haniebnemu procederowi i powędrowaliśmy sami do budynku obok, w którym czekał celnik. Tak się złożyło, że doszliśmy tam zanim jeszcze pani zdążyła zebrać wszystkie paszporty od naszych współpasażerów. Gdy wreszcie przyszła, wyciągnęła plik banknotów i wydzieliła połowę, którą wręczyła policjantowi siedzącemu pod ścianą, a ten przeliczył pieniądze i schował je do swojej kieszeni. Wiedzieli, że to widzimy, ale nie próbowali się kryć. Ot, wymuszanie łapówki, też coś. 

Kolejka nie obowiązywała, choć w teorii się w niej ustawiliśmy. Celnik stemplował to, co akurat wciśnięto mu najbliżej nosa. Idąc w ślad tego azjatyckiego wzorca, podsunęliśmy panu nasze paszporty jeszcze zanim pani zdążyła wręczyć swoją kupkę. Obawialiśmy się, że będzie z premedytacją nas ignorował (w końcu wszyscy uwikłani są w ten dolarowy spisek). Słyszeliśmy o przypadkach „karania” turystów, którzy nie zapłacili, przez ceremonialne odkładanie ich dokumentów do ostatniego możliwego momentu i w ten sposób uniemożliwianie im dalszej drogi. Tacy szczęściarze musieli potem łapać taksówkę (swoją drogą, w nieprzyzwoicie wysokich cenach, bo i taksówkarze są w zmowie), żeby gonić swój autobus. My jednak trafiliśmy na dobry dzień celnika i pożegnaliśmy się z Kambodżą bez dodatkowych opłat.

2$ - Dolar nr 2

Przeszliśmy 700 m od bramy po stronie Kambodżańskiej do tej po stronie Wietnamskiej (ci, którzy wcześniej zapłacili po 1$ mieli przyjemność przebyć tę trasę autobusem). Zaraz za wejściem do punktu kontrolnego, jeszcze przed okienkami, w których sprawdzano wizy, czekali panowie, którzy kazali nam wypełnić żółte „karty zdrowia”.  O niczym takim żadne przepisy wizowe nie informowały, ale na każdej granicy zwykle obowiązuje wiele różnych druczków, więc i ten wypełniliśmy. Zwróciło naszą uwagę, że pan zbierał od ludzi te żółte kwitki i pakował je po kolei do brudnej teczki, którą potem chował pod stołem. Żadnego komputera, wprowadzania do jakiegokolwiek systemu, czy choćby zeszytu, w którym mógłby spisywać dane. Mieliśmy dziwne przeczucie, że każdego wieczora nowe pliki kart lądują w śmietniku. Po odebraniu wypełnionych druków pan wyciągnął spod lady elektroniczny termometr na podczerwień i zmierzył nam obojgu temperaturę na odległość, po czym uśmiechnął się i powiedział: „Pay 1$”. Byliśmy zaskoczeni, to stosunkowo wysoka cena za pomiar temperatury… Odpowiedziałam, że nie mamy gotówki (była to, zresztą, prawda). Pan trzymał jeszcze w ręku termometr i celował we mnie laserem, a minę miał taką jakby marzył, żeby w ręku trzymać inny przedmiot. W końcu kiwnął głową, żebyśmy zeszli mu z oczu.

3$ - Dolar nr 3

To już dolar symboliczny, bo chodzi raczej o dużo większą sumę. Przy kolejnym okienku znów wcisnęliśmy celnikowi nasze paszporty pod nos i dość sprawnie zostaliśmy wpuszczeni do Wietnamu. Za to dziewczyna, która stała obok nie miała takiego szczęścia. Okazało się, że jej wiza była już wówczas przedawniona. Dziewczyna zalewała się łzami i zarzekała się, że w ambasadzie Wietnamskiej w jej kraju zapewniano ją, że wiza wydawana jest na 30 dni, niezależnie od tego jaki przybliżony termin pobytu wpisze we wniosku. Jest to, oczywiście, zupełna bzdura, bo na wizie wklepane są konkretne daty. Nie zobaczyliśmy jak skończyła się ta sytuacja, bo musieliśmy już biec do autobusu, ale potem widzieliśmy tę samą dziewczynę jeszcze nie raz w różnych miejscach w kraju. Wygląda więc na to, że wszyscy doszli do porozumienia w jednym, uniwersalnym języku ($$$).

 

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.